Władze komunistyczne starały się przekonać społeczeństwo, że przestępczość to problem wyłącznie krajów kapitalistycznych, pomijając w mediach kryminalne wydarzenia z Polski Ludowej. Tylko ograniczona grupa osób, w tym milicjanci i lokalna społeczność, miała wiedzę o tych incydentach, choć często była ona fragmentaryczna, co sprzyjało rozpowszechnianiu plotek. Dopiero po upływie wielu lat, dzięki archiwom i relacjom świadków, możliwe stało się zrozumienie prawdziwego przebiegu tych zdarzeń i obalenie wersji propagandowych, które nie odzwierciedlały rzeczywistości.W 1957 roku nieznani sprawcy dokonują włamania do Muzeum Śląskiego we Wrocławiu. Ich łupem pada 13 bezcennych płócien. Wśród nich znajdują się m.in. obrazy Gierymskiego, Matejki i Kossaka. Kilka dni później złodzieje przysyłają anonim z żądaniem okupu. List podpisany jest tajemniczym pseudonimem "K- 44". Władze podejmują negocjacje z rabusiami. Żądania przestępców pojawiają się wśród ogłoszeń drobnych w "Expressie Wieczornym" i "Słowie Polskim". Milicja jest pewna, że ma do czynienia z międzynarodową szajką złodziei dzieł sztuki. Po kilku tygodniach jednak trop się urywa. Trzy lata później śledczym udaje się odzyskać obrazy. Okazuje się, że na czele spisku stał lokalny chuligan i pijaczek. Nikt nie wierzy, że nie miał wspólników. Stróże prawa kontynuują więc śledztwo. Pozostali członkowie bandy zostają jednak schwytani dopiero po trzynastu latach. W prasie nie pojawia się jednak żaden komentarz dotyczący ujęcia złodziei.